wtorek, 1 lipca 2014

W dżungli zdrowia Beaty Pawlikowskiej - książka, która motywuje i... irytuje

Z napisaniem o tej książce bujałam się ponad miesiąc, a to dlatego, że z jednej strony bardzo chciałam napisać o niej dobrze (bo lubię autorkę, bo porusza fajny temat, bo przecież książkę przeczytałam błyskawicznie), z drugiej zaś... zirytowała mnie ta lektura (i autorka) okrutnie. Nie wiem, ale się wypowiem i Ja tak mówię, więc tak jest - te dwa zdania chyba najlepiej podsumowują zawartość tej pozycji. 


Beacie Pawlikowskiej często zarzuca się, że wydaje książki taśmowo. O podróżach, językach, motywacyjne, a ostatnio również związane z kuchnią i dietą. Tak długo, jak książki trzymają poziom, zupełnie mi to nie przeszkadza, bo może po prostu ktoś ma talent, wenę i zapał - i jest w stanie to robić. W dżungli zdrowia muszę jednak uznać za mały wypadek przy pracy, mimo iż tak, jak wspomniałam wyżej: książkę czyta się dobrze, Beata Pawlikowska pisze lekko, w charakterystycznym dla siebie stylu, czyta się ją bez znudzenia, wszak temat ciekawy. Bez znudzenia, ale za to z irytacją, ogólne wrażenie po lekturze zaś jest... średnie.

Proszę nie zrozumieć mnie źle, bo zdanie, które za chwilę padnie nie jest efektem mojego zarozumialstwa. W dżungli zdrowia jest książką... którą mogłabym napisać sama. Ktoś może zapytać: dlaczego więc tego nie zrobiłam? Ano dlatego, że nie odważyłabym się pisać i przekonywać do czegoś, o czym sama nie mam zielonego pojęcia. Albo pisać oczywiste oczywistości i udawać, że odkryłam Amerykę.

No bo przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś głosi prawdę objawioną która brzmi: producentom żywności nie zależy na twoim zdrowiu, a jedynie na tym, by sprzedać swój produkt albo naturalne jedzenie jest cacy, a wszystko co sztuczne, jest bee... i rozwodzi się nad tym na kilkudziesięciu stronach to ja mam wrażenie, że traktuje się mnie jak idiotkę.

Do lektury przystąpiłam z pozytywnym nastawieniem, wierzcie mi, że nie czytałam jej z lupą w ręku wypatrując nieścisłości, ale te same rzucały się w oczy.

Przykład pierwszy z brzegu:

Strona 89, o substancjach dodawanych do jedzenia: Tak, oczywiście, każdy z tych proszków został przebadany i dopuszczony do stosowania. Ale wiele z tych badań było robionych bardzo dawno temu, kiedy naukowcy nie potrafili zrobić pewnych pomiarów.

Strona 90, o naukowcach - pasjonatach: Myślę jednak, że takich ludzi (z pasją) jest mniejszość. Ale dzięki Bogu, że są. Bo to od nich właśnie dowiedziałam się, co mówią najnowsze badania dotyczące różnych syntetycznych dodatków do żywności. 

Autorka wielokrotnie powtarza, że sztuczne substancje badane były wiele lat temu, a potem już nikt nie sprawdzał, jaki wpływ mają na ludzki organizm. Za chwilę jednak pisze o najnowszych badaniach, z których dowiedziała się że... Gdzie tu logika?

A takich "wpadek" i nielogiczności jest W dżungli zdrowia całkiem sporo.

Moim zdaniem całe zło, jakie dzieje się teraz na świecie ma swój początek w chemicznych proszkach dodawanych do masowo produkowanego jedzenia. (s. 84). Podkreśliłam sobie to zdanie i postawiłam przy nim ogromny znak zapytania.

Zdrowy organizm działa bezbłędnie i bez problemu radzi sobie ze wszystkimi chorobami, chemia natomiast tylko mu szkodzi - to kolejna postawiona teza. Zaraz, zaraz... a czy przypadkiem nie było tak, że dawniej umierano na zapalenie płuc? I dotyczyło to również ludzi, którzy mieszkali na wsi i jedli bardzo, bardzo zdrowo? I czy przypadkiem nie jest tak, że teraz dzięki chemii zapalenie płuc można wyleczyć?

Być może nie byłabym tak sceptycznie nastawiona, gdybym nie miała za sobą lektury znakomitej książki Julity Bator Zamień chemię na jedzenie. To ta lektura otworzyła mi oczy na to, co naprawdę oznaczają zapisy na etykietach, autorka zaś posługuje się konkretnymi argumentami, a nie stwierdzeniami w stylu ja tak mówię, więc wierzcie mi, tak jest. Ponadto uważam, że są tematy, które wymagają chociaż minimum przygotowań i fachowej wiedzy, jeśli chce się o nich pisać - i tu mi mocno tego zabrakło.

A żeby nie było tylko o minusach... Od dawna podoba mi się postawa, jaką propaguje Beata Pawlikowska. Dziwić się światu. Nie brać niczego na wiarę. Cieszyć się dniem. Być dla siebie dobrym. I o tej prostej radości życia też w książce możemy poczytać i to te treści przemówiły do mnie najbardziej.

Mimo to... nie mogę z pełnym przekonaniem polecić tej książki. Zamień chemię na jedzenie kosztuje złotówkę więcej, a jest o niebo lepsze, po prostu.

O tym, jakie produkty poleca, a jakie odradza autorka pisałam już w osobnym poście - KLIK

9 komentarzy:

  1. Hmmmm...podejrzewałam, że kolejna książka Beaty może być właśnie taka "na siłę". Uważam, że już zbyt dużo tej jej literackiej różnorodności i że powinna zdecydowanie się skupić na książkach podróżniczych, bo te wychodzą jej najlepiej. Ja zaczęłam kupować jej poradniki "W dżungli podświadomości", "Księga kodów podświadomości" (i na tej pozycji zakończyłam, bo nie mogłam przebrnąć jej już od około 30 strony). A widzę, że tych różnorakich pozycji będzie coraz więcej. Nie powiem, ale pierwsze książki z serii " W dżungli: życia/samotności/niepewności" były niezłe, a nawet dobre, ale ja jednak skłaniam się do Beaty jako pisarki-podróżniczki. I niech tak zostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dokończyłam serii, o której piszesz, ale też wiem, że czytałam ją w złym momencie :)

      Usuń
  2. Lubię książki pani Beaty Pawlikowskiej, ale ta książka też mnie rozczarowała. Może kolejne z tej serii będą lepsze. Cieszyłam się na tą serię, ale w sprawie odżywiania wolę czytać bardziej naukowe pozycje, z potwierdzonymi informacjami. Dobra recenzja, pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czekam na książkę z przepisami :)

      Usuń
  3. Zgadzam się z Tobą w stu procentach. Prawie. To nie dzięki chemii leczy się dziś zapalenie płuc, tylko dzięki najbardziej naturalnej naturze - przebrzydłej pleśni, która była na początku tego wszystkiego, z której antybiotyki i takie tam... Ale może się mylę, bo się na tym nie znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja też nie wiem tego dokładnie, ale mój tok myślenia był taki: zapalenie płuc = antybiotyk = sztuczna substancja wprowadzona do organizmu :)

      Usuń
    2. Chyba obie mamy rację, bo pomysł na antybiotyk jest z pleśni, ale już późniejsze przeróbki... Wiadomo;)

      Usuń
  4. O ludzie... ''Moim zdaniem całe zło, jakie dzieje się teraz na świecie ma swój początek w chemicznych proszkach dodawanych do masowo produkowanego jedzenia. '' to zdanie to już całkiem mnie rozbawiło. No ale chociaż wiem czemu są wojny,głód na świecie, trzęsienia ziemi i inne plagi. To przez chemię w jedzeniu:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wydało mi się "lekko" absurdalne :)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...